MENU
Strona Główna
Przetargi DPS
Lokalizacja
Nasza Historia
Warunki Bytowe
Nasze Usługi
Zespół OT
Prawa Obowiązki
Galeria Zdjęć
NASZE DZIAŁANIA
2007-2009
2005-2007
2003-2005
TPM
Zloty Seniorów
Wypożyczalnia
Opieka Dobowa
MIESZKAŃCY
Wspomnienia
Przeżycia
Zdolności
CHOROBA ALZHEIMERA
Info. o chorobie
Dla opiekunów
Nasza współpraca
Nasze inicjatywy
Wspomnienia Mieszkańców
 
Turnus rehabilitacyjny w Międzywodziu
Edmund Matysiak - mieszka w DPS od 10. 03.1964 roku
Stanisława Kaczmarek jest mieszkanką DPS od 31.12. 1966 roku
Felicja Jaworska-Frąckowiak
Wojenne wspomnienia - Pani Jadzi Pawłowskiej
 

Kilka słów wspomnień mieszkańców z pobytu na turnusie rehabilitacyjnym w Międzywodziu
 

W chłodny czwartkowy poranek 5 kwietnia 2007 roku wyjechaliśmy na turnus rehabilitacyjny nad morze do Międzywodzia...

Lecz zanim to się stało, były przygotowania do wyjazdu...
zakupy...
pakowanie...

Nadszedł wreszcie ten dzień...

 

Mariusz: "Z trudem dopiąłem torbę"

Pan Marian, Pani Aleksandra: "Ciekawe jak zapakujemy się do tej przyczepki?"

Przyczepka "pęka w szwach."

Jeszcze tylko ostatnie wskazówki pielęgniarki Beatki dla naszych opiekunek
I już możemy jechać!!!

Szerokiej drogi, ładnej pogody, i dużo humoru na turnusie życzył nam Pan Dyrektor
 

Po 5 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Ośrodek, w którym mieliśmy zamieszkać prezentował się doskonale:

Morze przywitało nas wietrzną lecz wiosenną i ciepłą pogodą:

Zamieszkaliśmy w wygodnych, przestronnych pokojach:

Czekało tam na nas mnóstwo atrakcji:

Był wieczorek zapoznawczy...

Mariusz: "Dawno tak nie tańczyłem.."

Pani Felicja: "To była naprawdę świetna zabawa, teraz żałuję tylko, że w czasach młodości nie chodziłam na potańcówki, mimo, że koleżanki namawiały..."

Dla relaksu można było zagrać w ping- ponga

Albo...

Wypić chłodne piwko

 

Pogoda nam sprzyjała, więc często chodzilśmy na spacery, zwłaszcza Pan Czesiu i Pan Wiesiu:

Po spacerze miło było odpocząć w swoim pokoju, albo zagrać w chińczyka

Korzystaliśmy również z zabiegów rehabilitacyjnych:

Na turnusie spędziliśmy Święta Wielkanocne,

...był nawet konkurs na najładniej namalowaną pisankę...

A w niedzielę 8 kwietnia wspólnie zasiedliśmy do świątecznego stołu:

   

Pani Benia: "Świąteczne śniadanie był pyszne, przepiękna dekoracja wielkanocnego stołu, miła atmosfera"


Było też ognisko dla wszystkich uczestników turnusu...

Pan Franciszek: "Była też kiełbasa, a własnoręcznie upieczona smakowała wybornie."


W niedzielę 15 kwietnia pojechaliśmy na wycieczkę autokarową:

Zwiedziliśmy Kościół w Wolinie oraz mogliśmy zobaczyć most łączący Wyspę Wolin ze stałym lądem.

Byliśmy też na plaży i na molo w Międzyzdrojach oraz w Muzeum Figur Woskowych.


Na zawsze w naszej pamięci pozostaną pejzaże z Wolińskiego Parku Narodowego:


Niestety czas płynie bardzo szybko...

i 18 kwietnia wróciliśmy do Chodzieży...


Teraz mamy co wspominać...


Pani Benia: "Dawno nigdzie nie wyjeżdżałam. Na zawsze w pamięci pozostanie mi rodzinna atmosfera spędzonych nad morzem Świąt Wielkanocnych. Do dzisiaj wspominam spacery wzdłuż plaży w takiej "mini sztormowej" pogodzie, które dodawały mi energii, do dzisiaj mam w pamięci śpiew mew na plaży i srok, które miał gniazdo naprzeciw okna od mojego pokoju. Zwiedziłam piękny kościół z witrażem Ojca Świętego. To był mój pierwszy wyjazd nad morze od wielu lat, nawet nie pamiętam ilu, bo czas płynie tak szybko. Tym bardziej cieszę się, że mogłam pojechać, bo zawsze tak marzyłam, żeby jeszcze pojechać w jakieś ładne miejsce. Z tego wyjazdu pozostały miłe wspomnienia na wiele lat. Przywiozlam muszle, które sama uzbierałam na plaży i którymi podzielę się z moimi wnuczkami."


Pan Marian: "Chciałbym jeszcze tam pojechać , bardzo mi się tam podobało, bardzo smakowały mi serwowane potrawy przez tamtejszą stołówkę. Piękna okolica. Żal było wracać...."


Pan Czesiu: "Byłem nad morzem ostatnio w czasach okupacji, wiele się od tego czasu zmieniło, mnie przybyło lat... a morze niby takie samo, ale ta okolica- przepiękna okolica, park narodowy."


Pani Felicja: "Zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez organizatorów turnusu. Do dzisiaj przed oczami mam wzburzone morze, pierwszy raz w życiu widziałam sztorm. To był mój czwarty pobyt nad morzem, ale pierwszy od wielu lat. W pierszszy dzień pobytu morze przywitało nas wspaniałym widokiem- mogliśmy podziwiać 2 ogromne statki na horyzoncie. Bardzo udany był wieczorek zapoznawczy, wytańczyłam się z Panem Czesiem jak nigdy w życiu. Teraz żałuję tylko jednego, że w młodości nie chodziłam na żadne zabawy i dzisiaj mogę powiedzieć, że wielka szkoda, że nie posłuchałam wtedy koleżanek. Wspaniałe, eleganckie śniadanie wielkanocne z tradycyjnymi potrawami, pięknie podane. Wspominam wycieczkę po wyspie Wolin, spacer po Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Prawdziwe zaskoczenie przeżyłam w Muzeum Figur Woskowych, gdzie "spotkałam" Papieża i Michała Wiśniewskiego w czerwonych wlosach."


Mariusz (najmłodszy mieszkaniec Domu): "Mam 28 lat i pierwszy raz byłem nad morzem, to w ogóle był mój pierwszy wyjazd na wakacje, wcześniej nigdy nie wyjeżdżałem nawet, kiedy mieszkałem jeszcze w domu w Wągrowcu. Morze zrobiło na mnie wspaniałe wrażenie. Najbardziej zapamiętałem wycieczkę po wyspie Wolin, pobyt w Międzyzdrojach i spacer Aleją Gwiazd, którą widziałem tylko w telewizji. Robiłem sobie piesze wędrówki brzegiem morza, raz zaszedłem nawet 6 km do portu w pobliskim Dziwnówku, ale na obiad i tak zdążyłem. Jedzenie bardzo mi smakowało, podjadłem sobie troszkę słodyczy, których nie wolno mi jeść w nadmiarze na codzień ze względu na stan zdrowia. W pokoju mieliśmy TV z kablówką, więc wieczorem mogliśmy ogladać filmy. Zapoznałem wiele nowych osób, lecz najbardziej z nich wszystkich zapamiętałem Paulinę z Zielonej Góry. Wytańczyłem się na wieczorkach- do tańca udało mi się namówić naszą opiekunkę Hanię, z którą świetnie mi się tańczyło. Dopisała nam pogoda, mogłem nawet opalać się na plaży. Chętnie pojechałbym tam jeszcze raz."


Pan Grzegorz: "Mam 48 lat i kiedyś myślałem sobie żeby tak na 50 urodziny pojechać nad morze bo nigdy nie byłem. Kiedy dowiedziałem się o turnusie w Międzywodziu zdecydowałem się od razu, mimo, że mam trudności w poruszaniu się. Poznałem nowych znajomych. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie morze. Bardzo mi się podobało Chętnie pojechałbym jeszcze raz."


Pan Wiesiu: "Na początku nie bardzo miałem ochotę wyjeżdżać. W perspektywie miałem wyjazd na Święta do siostry do Koszalina. Myślałem, że to niemożliwe, żeby nie spędzać Świąt z siostrą i jej rodziną. Ale postanowiłem pojechać tak dla odmiany. I wcale nie żałuję. Te 2 tygodnie spędzone nad morzem dobrze mi zrobiły. Chodziłem na spacery z paniami opiekunkami nad morze, nawet nie przypuszczałem, że na stare lata będę mógł zwiedzić Muzeum Figur Woskowych. Święta Wielkanocne upłynęły w niepowtarzalnej atmosferze, było śniadanie wielkanocne i tradycyjne potrawy. Nasze panie opiekunki- Panie Ela i Pani Hania robiły wszystko, abyśmy mile spędzili ten czas na turnusie. Mogłem zawsze liczyć na ich pomoc czy radę. Dzisiaj bardzo cieszę się, że zdecydowałem się na ten wyjazd. A już niedługo i tak jadę w odwiedziny do siostry do Koszalina, więc znów będę blisko morza."


Pan Jan: "Bardzo ucieszyłem się z możliwości wyjazdu na turnus. Były ku temu 3 powody. Pierwszy: od dawna nigdzie nie wyjeżdżałem, drugi: znałem tę okolicę i chciałem zobaczyć co tam się zmieniło a trzeci, chyba najważniejszy: wiedziałem, że uda mi się spotkać z córkami i wnukiem, z którymi nie widziałem się od roku, głównie ze względu na odległość- mieszkają daleko od Chodzieży, ale tylko 15 km od Międzywodzia, więc mnie odwiedzili. Mój wnuk bardzo urósł i chyba to spotkanie było moją największą radością na turnusie. Oczywiście bardzo smakowały mi potrawy serwowane przez tamtejszą kuchnię. Zauważyłem również udogodnienia dla osób na wózkach. Jeszcze 10 lat temu miałem tam problem z podjazdem wózkiem na chodnik a teraz wcale nie odczułem tego, że poruszam się na wózku inwalidzkim. No może poza plażą, gdzie koła zapadały się w piach, ale to był żaden klopot, panie opiekunki zawsze pomogły.
Miło było choć na chwilę odwiedzić rodzinne strony.."


Pan Mirek: "Byłem już na 3 turnusach, ale dosyć dawno, ale pierwszy raz byłem nad morzem. Najbardziej zapamiętalem zachód słońca i wycieczkę do Międzyzdrojów. Dużo spacerowałem po plaży, bardzo smakowało mi jedzenie."

 
 
Edmund Matysiak - mieszka w DPS od 10. 03.1964 roku
Jak miałem 12 lat umarli mi rodzice. Wtedy poszedłem do DPS w Śremie. Potem przenieśli mnie tu do Chodzieży. Na początku mieszkałem na dole
z Kazikiem Grzywaczem. On był na wózku. Razem pracowaliśmy przy wspornikach.
On się mną opiekował. Bał się, że jak umrze to sobie nie dam rady, że będą mną poniewierać. Jak zakończył życie, to chciałem, żeby mnie zabrał
ze sobą. Zostałem sam. Ale nie było źle, nikt mi nie zrobił krzywdy. Kupiłem sobie garnitur, jeździłem na wycieczki, chodziłem na zabawy. Teraz też, jak ktoś przychodzi, to idę patrzyć. Kładę się o 9 wieczorem a wstaję już
o 6 rano. Chodzę sobie, siedzę na ławce prze domem. Jest mi dobrze.
Co roku 25 listopada wyprawiam urodziny. Zapraszam dyrektora, panie
z biura i z oddziału. Mam placki. Pieką je te panie z biura. Cały czas pamiętam o Kaziku, bo to był mój przyjaciel
 
     
 
 
Stanisława Kaczmarek jest mieszkanką DPS od 31.12. 1966 roku
Moje życie ani nie jest smutne, ani nie wesołe. Życie i już.
Do Chodzieży przyjechałam z Wrześni w starym roku, bo potem zaczął się już nowy. Mieszkałam z panią Wąs. A potem to z różnymi kobietami. Pamiętam Biedrzyńską, Wednar. To były chore kobiety. Ja sobie dawałam radę, chociaż na wózku. Ale żal mi było tych innych i z samej żałości opiekowałam się nimi: karmiłam, dawałam pić. Nigdy się nie nudziłam,
bo nie miałam czasu. Garnyszki sobie kupiłam i gotowałam (najbardziej lubiłam robić naleśniki), prałam, w doniczkach miałam kwiaty, jeździłam
na mszę, modliłam się. Raz byłam w domu na urlopie. Inni jeździli
na wycieczki, ale mnie to nie interesowało, wolałam być na miejscu. Jak ktoś tu występować przychodził to nieraz poszłam.
Na święta zawsze wysyłałam kartki. Ja pisać nie umiem, bo nie chodziłam
do szkoły. Ale kartkę zawsze ktoś napisał. Czytać, czytam drukowane,
bo nauczyłam się jeszcze w domu przy szkolnikach. Jak dostałam pojedynkę, to dobrze miałam. Gospodarzyłam po swojemu, dużo klamotów miałam.A potem mi się pogorszyło. Nawet źle było, ale jakoś wyszłam
z tego. Teraz żeby tylko mieć siły i dłużej wysiedzieć na wózku, na dwór jeździć
 
     
 
 
Felicja Jaworska-Frąckowiak
Miałam wówczas 14 lat i była to najstraszniejsza styczniowa noc w moim życiu... Moi rodzice, brat i 80-letni dziadek byliśmy przerażeni, kiedy do domu wpadło z wrzaskiem SS w swych czarnych mundurach. Dziadek znał niemiecki, więc zapytał, gdzie teraz mamy pójść. Gdzie on na stare lata ma iść? Ale oni absolutnie nie reagowali na te pytania i kazali nam się wynosić. Tej mroźnej nocy, tylko z małymi tobołkami, zapędzili nas do punktu zbornego. Po kilku godzinach siedzieliśmy już w pociągu, który ruszył
w nieznane.
 
     
 
Zatrzymaliśmy się w Łodzi, gdzie ulokowano nas w starej, zniszczonej fabryce, bez okien. Spaliśmy na podłodze, a słoma była tak zniszczona,
że przypominała sieczkę. Pobyt tam był jednym, wielkim koszmarem. Przerażeni ludzie, płaczące dzieci i schorowani starcy.
Po dwóch tygodniach podzielono ludzi na tych, którzy pojadą na roboty
do Niemiec i na tych, którzy mieli ruszyć w dalszą tułaczkę. Mojego brata zabrali Niemcy na roboty, gdzie? Wtedy nie wiedzieliśmy. Na mnie spojrzeli
i powiedzieli, że jestem za młoda. Dzięki temu mogłam zostać z rodzicami.

Z Łodzi wywieziono nas do Chełma Lubelskiego, a stamtąd
do poszczególnych wsi. W Chełmie zachorował dziadek. W tej mroźnej
i śnieżnej zimie szliśmy na dworzec, a rodzice podtrzymywali dziadka, który miał wysoką temperaturę. W pewnej chwili dziadek zaczął się słaniać
i na rękach rodziców zmarł... To był dla nas ogromny cios! Chcieliśmy zostać przy pochówku, ale nie pozwolono nam - musieliśmy jechać dalej. Były
to dla nas nieznane strony, drugi koniec kraju. Ciągła niepewność, strach
i wciąż to samo pytanie: czy przeżyjemy, wrócimy, spotkamy się
z najbliższymi. Żyliśmy jednak nadzieją, że Bóg da, iż wrócimy i tak się też stało.

Po wojnie pojechaliśmy do wsi Gołąb, w której umarł dziadek. Wskazali nam grób, ale skąd pewność, że tam został pochowany? Wówczas zmarło wielu ludzi. Byliśmy jednak w miejscu, w którym z łzami i ciężkim sercem musieliśmy Go pozostawić.

Zimowe wieczory, kiedy za oknem wiatr i mróz, często przywołują te tragiczne wspomnienia. Choć koszmar wojenny skończył się wiele lat temu, to jednak niedobre wspomnienia wracają. No cóż, nie da się o nich zapomnieć, a nawet i nie można. Trzeba przekazywać je młodemu pokoleniu, ku przestrodze, co może spowodować nienawiść.
 

powrót do góry   strona główna

 
Wojenne wspomnienia - Pani Jadzi Pawłowskiej
Jesienią nachodzą nas różne refleksje: która to już jesień mojego życia, jaka ona będzie, ile tych jesieni jeszcze mi pozostało. Wspominamy różne wydarzenia, które miały miejsce właśnie tą porą roku. Nic więc dziwnego,
że osoby, które przeżyły wojnę myślą o minionych, traumatycznych przeżyciach. Refleksja naszła także Panią Jadzię Pawłowską, która zgodziła się odkryć je przed nami.
 
     
 
Kiedy wybuchła woja miałam, 13 lat. Pamiętam ostatnią niedzielę sierpnia
1939 r. Piękna pogoda, spacery i piosenka „To ostatnia niedziela”. Kiedy
ją śpiewano, ludzie płakali, bo już gromadziły się czarne chmury nad Polską.

1 września 1939 r. uciekaliśmy z Chodzieży. Był straszny upał. Nad nami bombardujące samoloty. Wszędzie uciekający ludzie z tobołkami, wozami, walizkami. Przerażenie i strach. Rewizje w poszukiwaniu broni. Tego się nigdy nie zapomni. Po 3 tyg. doszliśmy pod Warszawę. A później powrót.

Na wiosnę 40 r. musiałam iść pracować do bałera do Rataj. To był bardzo zły człowiek. Nie liczył się z pracownikami, bił nas. Nie dawał jeść.
Nie mogłam wychodzić do domu, ani nikt nie mógł mnie odwiedzać.
Ja miałam tylko paść krowy, a okazało się że wszystko musiałam
w gospodarstwie robić.
Było mi tam bardzo źle, tęskniłam za domem. W końcu już nie mogłam tego wytrzymać i uciekłam stamtąd.

Ta ucieczka źle się dla mnie skończyła. Zamknęli mnie do więzienia, a potem wywieźli do Poznania do fortu VII. Każdego dnia, mnie i inne dziewczyny, wozili do Żabikaowa, gdzie budowałyśmy obóz. Tu strasznie przeżyłam zdarzenie, kiedy gestapowiec bił po głowie kolczastym drutem Polaka. Potem biedak musiał patrzeć , jak inni jedzą, a sam nic nie dostał. Dopiero młody, niemiecki żołnierz, kiedy gestapo poszło, oddał mu swój obiad. Po roku wypuścili mnie, dzięki siostrze ojca, która mieszkała w Niemczech. Ona starała się o moje zwolnienie.
Po powrocie do domu zaraz upomniało się o mnie Biuro Pracy. Skierowano mnie na gospodarstwo do Równopola. Tu miałam dużo lepiej niż w Ratajach. Mogłam na niedzielę wychodzić do domu, dostawałam większą porcję, jako ze ja z obozu. Tu pracowałam do końca wojny. Wojna to okrucieństwo.
Te przeżycia zostają jak głębokie rany. Nic nie jest w stanie zrekompensować, tego, co się przeszło.
 

powrót do góry   strona główna

KONTAKT
Napisz do Nas
Nasze Adresy
Pytania Uwagi
NASZE PORADY
Psycholog
Pielęgniarka
Prac. Socjalny

 
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, © 2003 by DPS Chodzież & autor  admin@dpschodziez.pl